![]() Po rozmowie z Valixy wyszedłem przed las. W sumie wilczyca miała troche racji... niby wiem ze nie kazdy mi sie pokloni, mialem juz doswiadczenia z nie wykonywaniem rozkazow, ale przynajmniej mam pretekst żeby komus przylozyc. Nagle uslyszalem tupot łap. Okazało się, ze to poslaniec z wioski Pirackich Wilków, a jednoczesnie mój doradca. -czego chcesz?-fuknalem -panie, oni-oni napadli na nasz obóz. Zniszczyli-- -Co?!! -nic nie zostalo -tak? W takim razie wyciagaj papier, dlugopis i pisz: piep-- -ale Ostry nie ma sensu pisac listu do wroga, ktory-- -a wiesz ze jesli chce sie życ to nie ma sensu sprzeciwianie sie moim rozkazom?!! -no niby tak ale-- -A kojarzysz to krzeslo elektryczne ktoro stoi w moim pokoju? To ktoro trzymam do znecania sie nad innymi?! To ktoro stoi obok butelek z krwią? Posłaniec skulil sie i powiedzial przestraszony: -juz pisze ten list. No i podyktowalem mu ten list, a on przywiazal go do nogi mojego miniaturowego smoka pocztowego. * * * Wybralismy sie by zobaczyc jakie wielkie zniszczenia spowodowal ten ktos. Za pagorkiem bylo miejsce naszej osady. Lecz widok byl przerazajacy. Zielona, tetniaca niegdys zyciem byla teraz szara plynaca krwia dolina. Wszedzie lezaly ciala moich najblizszych. Matki ojca. Wiedzialem ze moja zona tez tam byla. Jednak nie moglem pogodzic sie z mysla ze ją tez zabili. Nagle we mgle ukazala sie sylwetka mojej partnerki. Ledwie trzymala sie przy zyciu. Miala odcieta prawa tylna lape. Podbieglem do niej zlapalem ja lekko za pysk polozylem na kolanch i powiedzialem roztrzesiony: -jestem przy tobie, wszystko bedzie dobrze, nie zamykaj oczu.-ona usmiechnela sie na moj widok. Jednak resztka sil powiedziala tylko "Valtor" i wyzionela ducha. Po policzku splynela mi czarna jak wegiel lza. Jako jedyny z mojego gatunku placze krwia. Unioslem glowe do gory i z calej sily krzyknalem przez lzy-VALTOR!!!!!!!!! -bardzo nam przykro powiedzial moj doradca razem z innymi wilkami ktore byly ze mna. Ja pochylilem sie nad zwlokami mojej żony i plakalem jak dziecko.-ale dlaczego Valtor zaatakował nas a nie watahe dobra przeciez on cie nawet nie zna. -moze stanowie dla niego zagrożenie. -to co mscimy sie Wstalem powoli i powiedzialem: -nie -co ale jak to przeciez on zabil-- -wiem ale obiecalem sobie ze pomoge Valixy dopiero gdy sama mnie o to poprosi, a walka z Valtorem to pomoc jej. Wrocilismy do watahy dobra, oni odeszli w strone osady po drugiej stronie gor gdyz tam przebywal moj syn, jedyny dziedzic tronu. Mieli powiadomić mnie o jej stanie. Ja poszedlem wraz z uzdrowicielami do Killera by zobaczyc co mu jest. Nie moglem sie skupic. Ocknalem sie dopiero wtedy gdy Roksi powiedziala do mnie podniesionym glosem: -idziemy?! -ale ze po co?-odpowiedzialem calkiem zbity z tropu. -no po ten róg -a. Tak, tak-odpowiedzialem roztrzesiony -cos sie stalo? -co? Nie. Z reszta i tak nie zrozumiecie... (????) |
||

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz